wtorek, 19 września 2017

Pustka

Kolejna miniaturka z serii "Przyszłość usłana różami:"
Ilość słów: 2049
Bohaterowie: Harry Potter, Ginny Potter, OC







Spojrzała w lustro, które już od dobrych kilku lat ozdabiało jasną ścianę przedpokoju. Zawsze lubiła antyki, chociaż on tego entuzjazmu nie podzielał. Miał jakiś dziwny uraz do przedmiotów, jakby uznawał je nie tylko za bezużyteczne, ale też niebezpieczne. Nie miała pojęcia z czego ta niechęć wynikała, nigdy zresztą się w to nie zagłębiała. Zwłaszcza że nie zabronił jej się zachwycać, po prostu milczał i czasami marszczył brwi z niezadowoleniem.

Mnóstwo czasu poświęciła na szperanie w przeróżnych graciarniach, żeby znaleźć wyjątkową pozytywkę, starą komodę, czy perski dywan. Ich dom pełen był różnych rzeczy, które po prostu musiała posiadać. Nie kryła się za tym żadna wyższa idea, po prostu takie zdobycze cieszyły oko, tak samo jak to lustro - duże ze złotym obramowaniem i charakterystycznym wykończeniem. Często w nie spoglądała, jakby oczekiwała magicznych właściwości, których przecież nie mogła znaleźć, bo przedmiot ten poza starością nie wyróżniał się niczym wyjątkowym. Z jakiegoś powodu czuła jednak, że za każdym razem, gdy wpatrywała się we własne odbicie, właśnie przez to jedyne w swoim rodzaju szkło, stawała się o kilka chwil młodsza. Nigdy nie przywiązywała kolosalnej wagi do wyglądu, nie używała eliksirów zatrzymujących czas, który ewidentnie pozostawiał ślady na drobnej buzi. Jednak czasami bała się, że coś w jej życiu ucieka i ona nie zdąży tego złapać. Tak jak teraz. Dlatego właśnie wbiła spojrzenie w samą siebie i próbowała zebrać myśli, bo przecież nadszedł najbardziej przerażający moment w jej życiu.

To musiało się stać i myśl o tym była dla niej tak oczywista, że nawet nie zdążyła jej poważnie rozważyć. Po prostu pozwoliła, żeby wszystko odbyło się w standardzie, bez większych emocji. Zresztą na swój sposób przygotowywała się na taki zwrot akcji, co nie zmieniało faktu, że w tym momencie uderzyła ją pustka, którą odczuwała głęboko w sobie.

Odetchnęła ciężko i spojrzała w jego stronę... a on stał przy oknie w salonie, które prowadziło na ślicznie urządzony taras. Trzymał w dłoniach gazetę, którą przeglądał jak zwykle ze skupieniem i lekkim rozdrażnieniem. Zapewne znowu wybuchła jakaś afera w ministerstwie, która spędzała mu sen z powiek. Wybrał sobie departament, gdzie zawsze dużo się działo i za każdym razem były to sprawy tak samo ważne, jak ciężkie, z którymi ona na dłuższą metę nie chciałaby się mierzyć. Oczywiście i tak musiała z tym żyć, w końcu wybrała sobie męża przeżywającego każdą drobnostkę kilkanaście razy mocniej niż normalny człowiek. Jednak czasami mogła chociaż udawać, że nic ją to nie obchodziło, po prostu zamknąć się w swoim świecie i nie wpuszczać nikogo do środka. Taka obraza na rzeczywistość nie trwała jednak nazbyt długo, inaczej straciłaby kontrolę nad tym, co działo się dookoła niej. On był kompletnie niezorganizowany jeśli chodzi o sprawy rodzinne, a ta skłonność do chaotycznego działania przeszła na ich dzieci. To był jeden wielki dom wariatów, szalonych czarodziejów o wyjątkowych zdolnościach i z tendencją wpadania w kłopoty. Miejsce, gdzie każdy miał silną potrzebę działania, gadania, śmiania się i robienia głupot. Takie centrum każdej formy hałasu...

Aż nagle zrobiło się potwornie cicho... tak cicho, że potrafiła dosłyszeć tykanie zegara wiszącego na ścianie. Brak znajomych dźwięków doprowadzał ją do szaleństwa, nie potrafiła tego znieść. Spojrzała w jego stronę, ale wiedziała, że on jej nie zrozumie. Chciała coś do niego powiedzieć, ale właściwie nie wiedziała co.
Przez kilkanaście ostatnich lat dużo ze sobą rozmawiali, ale głównie dotyczyło to ich dzieci - jak jedno nie złamało sobie nogi, to drugie przytargało do domu jakąś niebezpieczną roślinę. Zawsze pojawiał się nowy temat do przedyskutowania, a były to sprawy bardzo ważne, które odkładały pozostałe na dalszy plan. Jednak teraz już ich pociech nie było, zabrakło więc i bieżących problemów związanych z wychowaniem. Przez pierwszy tydzień po wyjeździe mówili o tym, jak córka poradzi sobie w Hogwarcie, kiedy przyjdzie skarga od nauczycieli i czy ich syn zostanie przyjęty do drużyny Quidditcha, na czym mu przecież zależało. Jednak nie mogli wałkować w kółko tych samych spraw przez cały czas, dlatego w końcu przestali się wysilać. On rzucił się w wir pracy, a ona...cóż.

Próbowała sobie przypomnieć o czym rozmawiali, zanim urodził się ich pierwszy syn... bo przecież wtedy też do siebie mówili i świetnie spędzali czas. Niczego im nie brakowało, więc skoro wtedy nie odczuwali tak przeogromnej pustki z powodu braku dzieci, to teraz też na pewno mogli czymś tę dziurę zapełnić. Problem polegał na tym, że ona kompletnie nie miała pomysłu na to, jak zacząć. W tamtym momencie wszystko wydawało się tak żałośnie banalne, że aż niedopuszczalne. Zabawne, bo jeszcze kilka tygodni wcześniej zapytałaby o największą głupotę bez problemu, ale wtedy nawet nie oceniała swoich wypowiedzi. Po prostu je wyrzucała i tyle, a on na nie odpowiadał i tyle. Czasami się śmiał, innym razem złościł, nie zabrakło wywracania oczami i nieco bardziej ciepłych gestów. Żyli ze sobą dokładnie tak, jak powinni. Teraz byli bardziej karykaturą rodziny, jak obrazek z wyciętą jego najważniejszą częścią.

W młodości dużo mówili o sporcie, który zawsze ich interesował. Jednak ten temat w obecnym czasie kompletnie nie przystawał do ich życia, był czymś odrealnionym, bo ani ona ani on nie czuli potrzeby rozmawiania o tym. Z resztą sam Quidditch wydawał się sposobem na zabicie milczenia pomiędzy obcymi osobami, które nie do końca rozumieją swoje zainteresowania i potrzeby. Zawsze tak było - jak się nie wiedziało, o czym gadać, to tematy dotyczące tłuczków, szukających i mioteł nadawały się idealnie. Większość osób uwielbiała o tym rozprawiać, a nawet jeśli nie pasjonował ich sport tego rodzaju, to z pewnością orientowali się w nim chociaż minimalnie. Oni, jako dzieciaki, nie mieli za sobą kilkunastu lat wspólnego mieszkania i w ogóle nie przejmowali się tym, że Quidditch to wybór najprostszy z możliwych. Po prostu podniecała ich adrenalina z tym związana. Teraz wszystko wydawało się takie trudne.
Usiadła na fotelu i spojrzała na niego z wyrzutem, bo przecież kogoś musiała obarczyć winą za tę sytuację.

– Co jest? – zapytał, najwyraźniej czując na sobie jej niezbyt przyjemny wzrok. Nie odpowiedziała. Po prostu sięgnęła po jabłko leżące w misie na stole i odgryzła kawałek. Dlatego wywrócił oczami i zajął się swoimi sprawami.

Swoimi, bo przecież nie mieli wspólnych spraw.

Miała ochotę mu przyłożyć i to całkiem porządnie, żeby go rozsądnie zabolało. Musiał przecież pokutować za grzechy, nawet jeśli nie zdawał sobie z nich sprawy.

Przeczesał swoje czarne włosy i skierował się w stronę gabinetu, gdzie trzymał wszystkie pracownicze skarby... o ile tak można było nazwać fiolki z dziwnymi eliksirami, zniszczone mapy i kamienie o niejasnych właściwościach. Odprowadziła go wzrokiem, wciąż nie rozumiejąc, jakim cudem on nie czuł się tak fatalnie jak ona. Zachowywał się naturalnie, jakby ich dzieci wcale nie opuściły ich aż do grudnia. Przecież to nie do pomyślenia...

Chwyciła zwitek pergaminu, który jej mąż zostawił na stole. Miała wiele zalet, ale z pewnością nie należał do nich szacunek dla prywatności. Nie czerpała wielkiej przyjemności z grzebania w cudzych rzeczach, ale też nie traktowała ich jak nienaruszalnej świętości. Dlatego właśnie przeczytała to, co znalazło się na tym małym kawałku pergaminu, a treść wiadomości na tyle jej się nie spodobała, że przez dłuższą chwilę pozostała w bezruchu. Kiedy tylko otrząsnęła się z szoku, poczuła jak cały świat wali się wokół niej... a ona pozostawała pośrodku tego gruzu całkiem bezsilna.

Tylko że przecież wcale tak nie było. Miała w sobie mnóstwo energii, którą mogła wykorzystać na miliard różnych sposobów, jeśli tylko chciała.

Wstała szybko, przeskoczyła przez kanapę i stół, bo przecież trasa dla normalnego człowieka w danym momencie kompletnie nie oddawała stanu jej ducha. Po drodze zabrała swoją leżącą na komodzie różdżkę, gotowa do prawdziwego pojedynku na śmierć i życie… albo na życie i życie, bo nawet przy największym ataku złości nie byłaby w stanie go skrzywdzić.

– Kim jest Kat? – zapytała, wpadając do jego gabinetu. Wyrzuciła to z siebie na tyle agresywnie, że pudełko, które jej mąż trzymał w ręku, spadło z głośnym trzaskiem na podłogę. Zaklął pod nosem i zaczął ręcznie zbierać jego zawartość. Nie odpowiedział... albo po prostu nie zdążył odpowiedzieć, bo nie dała mu ani chwili na zebranie myśli. – Spuścić cię na chwilę z oczu i już latasz z jakimiś lafiryndami. Na kryzys wieku średniego jest chyba trochę za wcześnie...

Odłożył pudełko na stół ze stoickim spokojem, który wypracował przez lata życia w miejscu stanowiącym kolebkę szaleństwa. Przeniósł na nią swoje spojrzenie, które przeszyło ją aż do kości.

– Co jest? – powtórzył pytanie, które zadał jej dosłownie kilka minut wcześniej, ale tym razem ton jego głosu był bardziej dobitny.

– Jestem zazdrosna – rzuciła bezceremonialnie, jakby stwierdzała oczywisty fakt dotyczący praw transmutacji. Zabrzmiało to strasznie niepoważnie, co teoretycznie nie powinno pasować do dojrzałej już kobiety, a jednak w nią wkomponowało się idealnie...

– Nie jesteś – odparł. – Nie masz powodu. Oczywiście czasami go nie potrzebujesz, ale akurat nie dzisiaj.

Zwęziła wargi, ale nic nie powiedziała. Miał rację i musiała mu to przyznać. Jedyną lafiryndą w życiu jej męża była jego praca... najbardziej upierdliwa ze wszystkich możliwych kochanek. Z pewnością nie miał czasu na szukanie dodatkowych przygód z Kat, Iris czy inną Matyldą, po prostu by się wykończył.
Zawsze ją to denerwowało – miliard godzin poświęconych na walkę z czarną magią, podczas gdy szczególnie dorastający chłopcy potrzebowali jego czasu i uwagi. Na dłuższą metę jednak nie mogłaby żyć z człowiekiem, który nie traktował swojego zawodu jak misji zbawienia świata. Paradoksalnie właśnie ta najbardziej irytująca cecha ją przyciągnęła jak magnes, a jej dzieci skłoniła do wpatrywania się w ojca jak w obrazek. Doprawdy, czasami czuła się jak taka głupia ćma fruwająca dookoła świecącej żarówki, ale kiedy dostrzegała jego uśmiech, zaraz o tym zapominała. Zwłaszcza że z trójką dorastających dzieciaków nie miała nazbyt wiele czasu, aby kontemplować nad głębszym sensem własnego życia. Tylko że właśnie teraz jej najmłodsza córka pojechała do szkoły, a ona miała aż nazbyt wiele czasu na refleksje.
Mówi się, że każdy człowiek powinien mieć minimalnie dwadzieścia minut dziennie, aby poukładać sobie wszystko w głowie i móc stawić czoła wyzwaniom, które szykowało dla niego życie. Może to i racja, ale z pewnością taka refleksja nie powinna trwać więcej niż pół godziny. Kiedy człowiek za dużo myśli, zaczyna wariować... tak jak ona. Była rozchwiana emocjonalnie i szukała podparcia, żeby nie wpaść w jakąś czarną otchłań szaleństwa. Chyba to dostrzegł, bo kiedy odwróciła się na pięcie, żeby wyjść, zablokował jej drogę ramieniem. Bezsilna oparła głowę na jego piersi i wymamlała pod nosem coś, czego pewnie nie zrozumiał, ale i tak objął ją mocno.

– Tęsknię za nimi – powiedziała w końcu nieco wyraźniej, nie zmieniając jednak swojej bezpiecznej pozycji.

– Ja też.

– Zapomnieli o nas.

Tak jak kiedyś ona... Kochała swoich rodziców, ale odkąd skończyła jedenaście lat, ich relacja znacznie się ochłodziła. Rozmawiali zazwyczaj o rzeczach nieistotnych, błahych. Zawsze słuchała ich poleceń, ale nigdy się nie zwierzała, jakby ona i jej przyjaciele żyli na zupełnie innej planecie, do której dorośli nie mieli dostępu. Oni też nigdy nie pytali o jej chłopaków, znajomych, wrogów... wtedy myślała, że to po prostu ich nie obchodzi. Dlatego, kiedy urodziła Jamesa, obiecała sobie, że zawsze będzie trzymać dzieci blisko siebie. Teraz okazywało się, że chcieć to za mało... bo niby jak zachować bliskie relacje z osobą, którą widuje się jedynie przez dwa miesiące w ciągu roku? Spoglądała podczas wakacji na swoich starszych synów, którzy stawali się zupełnie innymi ludźmi i w kółko zadawała sobie to samo pytanie – kiedy przestanie ich rozumieć? Kiedyś musiało się to stać... tak przecież było zawsze, odkąd tylko powstał Hogwart.
Niektórym może wydać się to banalne, ale kiedy nadszedł moment, w którym kiedyś uznawany za obdarzony samymi zaletami Hogwart wyrwał z jej ramion najbliższe osoby, świat jakby się zatrzymał... pojawiła się jedynie świadomość, że przez najbliższe siedem lat Jamesa, Albusa i Lily wychowywać będą obce jej osoby, a rodziną staną się rówieśnicy. Z każdym miesiącem radość wywołana listem skierowanym do dzieci blakła, a zamiast niej rozrastało się pytanie: czy jeśli coś pójdzie w złym kierunku, będzie w stanie to zatrzymać?

Stała tak przy nim, czując jedynie bicie jego serca. Starała się zapanować nad własnymi emocjami, gdzie zwykłe zdenerwowanie powoli ustępowało miejsca histerii.

– Chyba nie jest tak źle, co? – zapytał jej w końcu, odsuwając ją od siebie i odgarniając niesforne włosy z czoła. Na jego twarzy pojawił się specyficzny uśmiech... taka mieszanka upośledzonej radości neurotyka ze złośliwym zadowoleniem wrażliwego chłopca. W każdym razie był to wyraz typowy tylko dla niego i w zależności od sytuacji mógł znaczyć wszystko i nic. Z jakiegoś powodu poczuła się lepiej, a kiedy wskazał dłonią na okno, zerknęła niepewnie w tamtym kierunku.

Zza szyby wpatrywała się w nich sowa o wielkich, bursztynowych oczach.

Może miał rację...?