wtorek, 18 lipca 2017

W poszukiwaniu zakończenia - rozdział 6

To nie było mieszkanie ani piękne, ani przestronne, ani przytulne. Składało się z zaledwie czterech ciasnych pomieszczeń – zagraconych i od dawna niesprzątanych. Na ścianie w łazience rozwijał się nowy mieszkaniec przez większość nazywany wstrętnym grzybem. W kącie leżał stos brudnych ubrań i ręczników, których nikt nie miał czasu prać. Niewiele lepiej przedstawiała się kuchnia, w której już od bardzo dawna brakowało czystych naczyń. Na jasnobrązowych płytkach widoczne były plamy po rozlanym sosie, na stole leżała otwarta kilka dni wcześniej konserwa. W tamtym momencie wydzielał się z niej niezbyt przyjemny zapach.

Nic dziwnego, że Syriusz Black zamknął się w sypialni. Być może nie było tam ładnie i schludnie, ale chociaż powietrze było nieskażone. W każdym razie gospodarz nie wyczuwał zapachów, które w ten czy inny sposób mogły mu przeszkadzać.

W tamtym momencie zawinął się szczelnie w bordową pościel, przykrywając twarz poduszką. Otwartymi dłońmi próbował zakryć uszy, by chociaż w minimalnym stopniu odsunąć się od koszmarnych dźwięków, które zsyłali na niego sąsiedzi. Był już przyzwyczajony do kłótni, krzyków, wiercenia, wstrząsów, ale płaczu dzieciaków po prostu nie znosił. Za każdym razem ten rozdarty głos wyprowadzał go z równowagi, znacząco podnosząc ciśnienie. Czuł przyspieszone bicie serca, ale starał się skupić na własnych myślach.
Nie potrafił. Wstał.

Spojrzał w rozbite lustro, wiszące na ścianie. Spoglądał na niego zmęczony młody mężczyzna, którego oczy wyrażały żądzę mordu. Za jego plecami dostrzegł okrutny rozgardiasz i przypomniały mu się słowa Liny: "Chlew, nie mieszkanie". Tak mówiła o jego samotni. Miała rację. To był chlew i dlatego nikogo nie zapraszał.

Sięgnął po leżącą na połamanym krześle koszulkę. Naprawa mebla zajęłaby mu raptem kilka sekund, ale Syriusz nie miał ochoty się za to zabierać. Przyłożył materiał do twarzy i zmarszczył nos. Wyrzucił koszulkę w kąt i sięgnął do szafy po świeżą. Została mu ostatnia. Musiał się wybrać do sklepu po nową... albo zrobić pranie. Jedna i druga propozycja nie była kusząca. Z dwojga złego wolał zakupy.

Wpadł do kuchni, drapiąc się po brzuchu. Krzywił się pod wpływem nieprzyjemnych zapachów. Wyciągnął z szafki płatki kukurydziane i nie troszcząc się o mleko, zaczął spożywać je prosto z paczki.

Wtedy dostrzegł sowę, wpatrującą się w niego zza szyby. Do jej nóżki przyczepiony był niezbyt wielki list z pieczątką Ministerstwa Magii. Westchnął ciężko i otworzył okno, pozwalając listonoszce wlecieć do pomieszczenia. Sowa zatrzymała się na jego stole i zaczęła wyjadać nieświeżą konserwę.

– Czuj się jak u siebie – powiedział Syriusz i zabrał jej przesyłkę.

W związku z wydarzeniami, które miały miejsce w maju 1979 roku wzywa się Pana na przesłuchanie do Ministerstwa Magii w celu złożenia koniecznych wyjaśnień. Proszę się stawić w Biurze Aurorów 20 stycznia roku 1980 o godzinie 11.
Z wyrazami szacunku
Idylla Chorun
Departament Przestrzegania Prawa

Kolejne przesłuchanie. W dodatku kolejne przesłuchanie dotyczące tej samej sprawy. Już miał tego dość. Zostawił na stole list, po czym ruszył w kierunku sypialni. Zatrzymał się w połowie drogi i rzucił na kanapę. Zakrył twarz obrusem, który pospiesznie zdjął ze stołu i próbował zasnąć. W salonie było odrobinę ciszej niż w sypialni, jako że pomieszczenie nie graniczyło z patologiczną i rozdartą rodziną, a jedynie z jakąś staruszką, która tylko w nocy miała manię na punkcie słuchania głośnej muzyki typu gospel.
Usłyszał skrzypienie otwieranych drzwi, ale nawet nie chciało mu się spojrzeć, któż go uraczył swoją wizytą. Mógł to być Śmierciożerca, a wtedy Syriusz zginąłby tak głupio, jak to tylko możliwe. Pewnie po drugiej stronie przez następne kilka tysięcy lat nazywaliby go ofermą, która zdając sobie sprawę z zagrożenia, wciąż trzymała kawał szmaty na twarzy.

– Jaki masz tu poziom skażenia? – usłyszał znajomy głos. – Tysiąc jednostek Gurna?

– Gdybyś słuchał uważnie naszej zacnej nauczycielki od eliksirów, to wiedziałbyś, że wystarczy dziesięć jednostek Gurna i już jesteś pół-człowiekiem – odpowiedział, otwierając oczy.

– Gdybyś słuchał uważnie naszej cudownej nauczycielki od eliksirów, Łapo, wiedziałbyś, że jeśli stężenie poniżej pięciu tysięcy jednostek może objawić się po kilku miesiącach, latach, a nawet dopiero w przyszłym pokoleniu.

– Czyli?

– Czyli bierzesz odpowiedzialność za moje zmutowane dzieci, idioto...

Podniósł się i spojrzał w twarz przyjacielowi. James nie był okazem schludnego wyglądu, ale odkąd zaczął spotykać się ze swoją obecną żoną i tak wydawał się o wiele bardziej zadbany niż kilka lat wcześniej. Przynajmniej ubrania nosił w miarę czyste i dopasowane, bo jeśli chodzi o jego włosy, to już nie było ratunku.

– Wstawaj, dziadku – zaśmiał się i sięgnął po leżącą na kominku kopertę. Obejrzał ją z każdej strony i wyciągnął ukryty w niej pergamin. – Aileen?

– Taaa – westchnął Syriusz. Przeczesał sobie ręką włosy i zabrał leżącą na stoiku różdżkę.

– Lily powiedziała mi ostatnio, że jesteśmy dorośli i powinienem przestać grzebać ci w korespondencji – powiedział, siadając na kanapie, którą przed chwilą opuścił przyjaciel.

– Nie ma sprawy. Gdyby to było coś ważnego, ukryłbym to przed tobą.

– Gówno byś ukrył.

– Masz rację. Ale czytaj, nie przeszkadzaj sobie.

Wyszedł do kuchni i wywalił kilka śmierdzących produktów do kosza na śmieci. Ten tylko przeżuł odpadki i beknął głośno. „Na zdrowie" pomyślał Black i wycelował różdżką w chodzącego po ścianie pająka. Jednak po chwili postanowił nie likwidować swojego domowego zwierzątka i zadowolony z samego siebie wrócił do salonu.

– Już posprzątałeś? – zapytał James, nie podnosząc wzroku znad listu. W tamtym momencie leżał na kanapie w dosyć dziwnej pozycji, której Syriusz ani nie rozumiał, ani nie miał ochoty komentować.

– Wystarczająco – odparł, skopując w kąt leżący na ziemi stary, szkolny podręcznik.

– Brudas z ciebie. Nasraj jeszcze na środku, a pobijesz rekord syfu.

– Wolę to niż twoje falbaniaste firanki – prychnął pod nosem, zakładając czarny płaszcz.

– Wolę Lily i falbanki niż brak Lily i falbanek, ale ty tego nie zrozumiesz, bo masz wypaczoną osobowość. – Westchnął ciężko.

Nie mylił się. Syriusz na myśl o żonie miał odruchy wymiotne. Samo słowo "rodzina" było dla niego jakąś niesamowicie oddaloną abstrakcją. Przez lata wychowywał się w domu, gdzie więzi traktowane były niesamowicie poważnie, a jednak jego napawały odrazą. Kiedy tylko przywoływał we wspomnieniach matkę ściskającą z dumą jego brata albo ojca, który wraz ze swym bratem pił przed kominkiem brandy, rozmawiając o wyższości czarodziejów czystej krwi nad szlamami, był pewien, że prędzej Peter ożeni się z miss świata, niż on zdecyduje się na takie życie. Obserwowanie rodziny Jamesa sprawiało mu ogromną radość, świetnie się z jego najbliższymi dogadywał, jednak to wciąż był obrazek, na który Syriusz mógł tylko patrzeć. Podziwiać, ale nie tworzyć.

– Myślisz, że coś jej się stało? – zapytał James, ale dostrzegając niezrozumienie na twarzy Syriusza dodał. – Aileen.

– Nie, chyba nie. Wtedy by nie napisała, nie lubi użalać się nad sobą – powiedział marszcząc brwi. – Ale nigdy nie wysyłała do mnie listów tego typu.

Przypomniał sobie, jak piękna sowa śnieżna wleciała do jego salonu i jakby od niechcenia przekazała mu wiadomość od Aileen. Kobieta wyjątkowo niestarannie napisała krótko, że chce się z nim zobaczyć. Syriusz domyślał się, cóż ją motywowało, ale nie mógł być pewien. W każdym razie miał swoje podejrzenia, z którymi nie chciał się dzielić z nikim... no może poza Jamesem, który w tamtym momencie odrzucił bordową kopertę na stół i zastukał kilka razy w swój zegarek.

– Musimy się pospieszyć, bo noc nas zastanie – rzucił, po czym zerknął znacząco na Syriusza. Ten tylko wzruszył ramionami, ale jako że nie miał żadnych rozsądnych argumentów przemawiających za pozostaniem w jego domu, postanowił się podporządkować.

Wyszli razem z mieszkania i teleportowali się do Dziurawego Kotła, który jak zwykle oferował im niezbyt różnorodną ilość trunków. Tam też przeszli na Ulicę Pokątną, by jak najszybciej znaleźć się w tamtejszej bibliotece. James kroczył z uśmiechem na twarzy, bo podróż obok magicznych sklepów zawsze napawała go entuzjazmem. Syriusz nie wyrażał radości tego rodzaju, jednak biorąc pod uwagę jego niechęć do postanowionego przed nim zadania, wydawał się i tak neutralny.

– Nie wierzę, że nas w to wkopała – mruknął, kiedy ich oczom objawiła się mała kamieniczka, która, nie licząc skromnej wywieszki, niczym nie różniła się od pozostałych budynków.

– Pojechała do swojej siostry. Gdyby została tutaj, pewnie sama by się za to zabrała – powiedział James, łapiąc za złotą klamkę w kształcie jaszczurki. Drzwi uchyliły się przed nimi, a w recepcji przywitał ich młody, szczerbaty czarodziej. Pokazali swoje karty wstępu, które zostały dokładnie zbadane pod dziwnego kształtu lampą.

– Bez ciebie? Nie jesteś zaproszony? – zaśmiał się złośliwie Syriusz.

– Jej mąż chyba mnie nie lubi. Pewnie boi się, że zarażę czymś ich dziecko. – rzucił, udając zmartwienie. Widząc jednak pytające spojrzenie Syriusza, dodał – Petunia jest w ciąży... i to dosyć pokaźnej.
– Strasznie dużo się dzieciaków teraz rodzi.

– Co ty nie powiesz...

Skierowali się do właściwiej części biblioteki, gdzie czekały na nich setki półek wypełnionych książkami. Przy licznych stolikach siedzieli czarodzieje studiujący opasłe tomy. Dookoła nich krążyły skrzaty domowe ubrane w białe togi przewiązane brązowym sznurem. Niektóre z nich trzymały na rękach stosy przeróżnych ksiąg, by położyć je na stolikach czarodziejów. Jeden podszedł do Syriusza i Jamesa, po czym skłonił się z gracją, której często brakowało innym skrzatom domowym.

– W czym można pomóc, sir?

– Potrzebujemy informacji na temat magicznych plemion zamieszkujących Afrykę... być może Azję – powiedział uprzejmie James, zdając sobie sprawę, że rozmawia ze skrzatem płci żeńskiej.

– Przecież to równie dobrze może być Ameryka Południowa, a nawet Oceania. Stare legendy nie wykluczają nawet Europy – wtrącił Syriusz.

– Od czegoś trzeba zacząć.

Skrzatka wskazała im miejsce przy jednym ze stolików, po czym sama zniknęła za regałami. Nie musieli długo czekać. Już po chwili przed nimi zaczęły się pojawiać stosy książek. Stare i wyjątkowo grube tomy sprawiały wrażenie niezwykle delikatnych, jakby miał zniszczyć je lekki podmuch wiatru. James sięgnął po jeden z nich i otworzył na pierwszej stronie. Syriusz opadł na krzesło zmęczony samym widokiem tylu materiałów do przeszukania.

– Ludy Surgów – wymamrotał pod nosem James, marszcząc brwi. – Jeśli opowieść tej dziewczyny jest prawdziwa...

– ... a nie jest na pewno - wtrącił Black, bujając się na krześle. Wsadził sobie w zęby ołówek i zaczął wpatrywać się w sufit. Przepiękne freski robiły wrażenie, chociaż przedstawiały głównie figury geometryczne.

– Jeśli opowieść dziewczyny jest chociaż w części prawdziwa – poprawił się James – to powinniśmy zacząć od jakiś ludów afrykańskich. Z tego co wiem, sztylety ze smoczych kłów robione były właśnie tam, dopóki nie zakazano ich przez Trybunał Magów w... którymś tam roku.

– Sztylet ze smoczych kłów – wymamrotał pod nosem Syriusz, myśląc o pokręconej historii opowiedzianej przez Natalie. – Chciałbym taki mieć.



– Nikt nie zdawał sobie sprawy z wagi zaistniałych wydarzeń – mówiło wspomnienie Natalie, odgarniając z czoła swoje jasne włosy. Wpatrywała się rozmarzonym wzrokiem w tańczące po niebie płomienie. Jakaś pięciolatka usiadła jej na kolanach i wyjęła z włosów leśny kwiat. – Tłum wiwatował, życząc szczęścia zaślubionym. Z ust mieszkańców wydobywały się słowa starej pieśni. Zaczął się czas muzyki i tańca, chociaż spora część gości liczyła na smaczny posiłek i litry wina cytryjskiego. Niebieski płomień otoczył nowożeńców, tworząc wokół nich błyszczący wir, po czym rozpłynął się w powietrzu. Poubierane w złote szaty dziewczyny sypały kwiaty pod nogi zakochanych, którzy wkrótce powinni ruszyć w kierunku domu, by uzyskać błogosławieństwo od rodziców panny młodej. Cashile, którego zamieszanie wybiło trochę ze znanego rytmu funkcjonowania, modlił się w duchu, by ceremonia jak najszybciej dobiegła końca...


...W końcu kapłan uniósł wysoko ręce, a młodzi mogli udać się powolnym krokiem w stronę udekorowanego kwiatami domu. Goście udali się w przeciwnym kierunku, gdzie już czekały na nich nie bez wysiłku przygotowane potrawy. Cashile trzymał dłoń młodej kobiety, starając się ukryć rozdrażnienie.
Kiedy przekroczyli próg domu, powitała ich Lungile z tajemniczym naparem, który wedle panującego zwyczaju mieli wypić. Nikt nie uświadomił Cashile, jakie skutki wywołać miał eliksir, jednak odmówić i tak nie mógł. Niezbyt zadowolony sięgnął po ceramiczne naczynie i zerknął na Nyah, która stała wyprostowana i dumna, jakby właśnie zwyciężyła w bitwie. W końcu nadszedł moment, w którym Cashile miał objawić twarz swojej wybranki, a on starając się zignorować dziwne uczucie, które powoli się w nim rozpływało, ściągnął jej z twarzy białą chustkę.

Nie był zdziwiony, kiedy przed oczami stanęła mu najstarsza córka Boipelo. Oczywiście mógł zakładać, że wszystkie dzieci zielarza są do siebie niezwykle podobne, ale jego nowa żona była nie tylko o wiele starsza niż powinna wedle zawartej umowy, ale też uśmiechała się w charakterystyczny, bezczelny sposób.
– Co...? – wyjąkał Boipelo, dla którego widok najstarszej był szokujący. W oczach Lungile można było dostrzec przerażenie. Szybkim krokiem podeszła do wejścia domu, ale nie zdążyła zamknąć drzwi. Do izby wkroczył kapłan w towarzystwie przewodniczącego wioski i wołchwa.

Z początku na twarzach nowoprzybyłych widniało szczere zadowolenie, ale już wkrótce zmieniło się w oburzenie. Cashile niespecjalnie rozumiał sens problemu, który właśnie się obok niego rozwijał. Nie był z resztą na tyle biegły w tutejszym języku, aby poprawnie interpretować kłótnię, która wybuchła kilka minut później. Poza tym czuł się jakby spięty i potrzebował wyładowania. Niewiele interesował go spór o córkę.

– To hańba, Boipelo! – krzyknął przewodniczący wioski, a ślina z jego ust obryzgała stojącą kilka kroków dalej Lungile. – Oszukałeś nowoprzybyłego i zmusiłeś do ożenku z tą niewdzięcznicą!

– Gdzie jest twoja siostra, dziewczyno? – zwrócił się do Nyah kapłan, który jako jedyny zachował spokój. Mimo to, ton jego głosu wskazywał na niezadowolenie.

– Ukryłam ją – rzekła bez cienia pokory. – Zasługuje na szczęście, a nie umierającego obcego.

Cashile uniósł wysoko brwi, bo wcale nie czuł się bliski śmierci. Z drugiej strony nikt nie raczył mu objawić tajemnic związanych z jego zdrowiem.

– Czyli sprzeciwiłaś się woli swego ojca – powiedział kapłan i rozłożył ramiona w geście bezradności. – Czy zdajesz sobie sprawę, co cię teraz czeka? Twój ojciec cię wygna...

– Mój ojciec nie może już nic zrobić, bo jestem mężatką. Nie do niego należy wymierzanie mi sprawiedliwości ani do żadnego z was.

Wszystkie głowy zwróciły się w stronę Cashile, który czując się obiektem zainteresowania, chrząknął cicho. Doskonale wiedział, że słowo w plemieniu Surgów traktowane jest jak świętość i należy go używać z rozwagą. Właściwie nie miał ochoty wdawać się w żadną dyskusję, czuł tylko rozrastającą się w nim frustrację. Z resztą niewiele go interesowała wybranka, chciał tylko uczynić zadość wymaganiom prawa ratunku.

– W danych okolicznościach, możesz odwołać swoją przysięgę, Cashile – rzekł przewodniczący i pokiwał głową w uznaniu nad własną wypowiedzią. – Żadne małżeństwo nie może opierać się na oszustwie, a tobie obiecano najmłodszą córkę, która urodziłaby ci zdrowych synów.

Cashile zmarszczył brwi, a potem zaśmiał się cicho. Nigdy nie rozumiał przywiązania ludzi do płodzenia mężczyzn.

– Jeśli odwołam tę przysięgę, będę mógł odejść? – zwrócił się do kapłana.

– Mam chyba prawo do wyjaśnień – wycedziła przez zaciśnięte zęby córka.

– Nie masz żadnych praw! – krzyknął do niej Boipelo.

– Nie ty o tym decydujesz... nie dziś.

– To prawda – wtrącił kapłan. Boipelo chyba chciał protestować, ale na widok poważnej twarzy mężczyzny, wycofał się. – Cashile, musisz sam podjąć decyzję.

– Niby dlaczego mam jej słuchać? Złośnica niech idzie do diabła, ja chcę mieć święty spokój.

Nie zaszczycając spojrzeniem nikogo z obecnych, skierował się w stronę drzwi. Nie zdążył jednak opuścić domu, bo drogę zagrodziła mu dziewczyna.

– Powiem ci, dlaczego masz mnie słuchać – powiedziała, a w jej głosie tliła się groźba. – Bo gdyby nie ja, nie mógłbyś nawet ruszyć palcem, a cóż dopiero wysyłać mnie do diabła.

– Z tego co wiem, dowody wdzięczności należą się Boipelo, a nie jego smarkatej córeczce. Tylko dlatego pojawiłem się dzisiaj na tym przeklętym placu, by wziąć ślub z twoją cudowną siostrzyczką. Ja dług spłaciłem. O swój martw się sama – powiedział powoli, akcentując każde obraźliwe słowo.
Odsunął ją na bok i położył dłoń na stole. Przez chwilę wpatrywał się w oczy dziewczyny, ale po kilku sekundach stracił zainteresowanie. Odwrócił się w stronę wyjścia.

– W takim razie przy następnej chorobie możesz być pewny, że zamiast ziół leczniczych dostaniesz truciznę!

– A kiedy niby ta choroba ma się pojawić następnym razem? Zaatakujesz mnie na dzień przed wygnaniem cię z wioski? – zakpił.

– Po co czekać tyle czasu, skoro mogę zrobić to teraz... – powiedziała i w tym samym momencie Casgile dostrzegł w jej ręku sztylet. Narzędzie wyglądało wyjątkowo niebezpiecznie, chociaż mężczyzna nie potrafił w kilka sekund ocenić jego magicznych właściwości. Nie zdążył zareagować. Białe jak śnieg ostrze Nyah wbiła mu w sam środek dłoni, którą opierał o drewniany stół. Poczuł okropny ból, zdecydowanie przerastający to, co działo się z nim do tej pory. Już wiele razy otrzymywał rany zadawane mieczem czy strzałą, ale tym razem wydawało mu się, że ktoś do skóry przykłada mu rozpalone kawałki węgla. Z trudem powstrzymał krzyk.

Kapłan i Boipelo zaatakowali dziewczynę, ale ta z dziecinną łatwością uniknęła ich czarów. Jeden i drugi uderzył o ścianę, kiedy Nyah chwyciła sztylet i wyciągnęła go z ciała Cashile. Ten przez dłuższą chwilę wpatrywał się w nią zszokowany i wściekły, jednocześnie czując, jak gorąca krew wydobywa się z jednej z jego dłoni. W tamtym momencie najchętniej zrównałby cały dom z ziemią, zamiast tego bezceremonialnie złapał za włosy Nyah niezranioną ręką i wywlekł ją z pomieszczenia. Nie krzyczała, nie szarpała się. Trzymała tylko sztylet, żeby w razie czego móc się bronić.

Dom Boipelo z każdej strony otoczony był ogrodem, ale tylko jedna jego część przeznaczona była dla gości. Gdyby opuścić budynek tylnymi drzwiami, co w tamtym momencie zrobił Cashile, ciągnąc za sobą Nyah, rodzinie można by zarzucić okrutne wręcz lenistwo. Każde drzewo, trawa, krzew czy jakakolwiek inna roślina – wszystko żyło wedle własnych zasad, podporządkowują się tylko kapryśnej naturze.
Rzucił ją na ziemię. Widział zimne jak lód oczy i lekko rozchylone usta. Przez chwilę nie ruszył się z miejsca, ale kiedy Nyah odgarnęła z twarzy kosmyk czarnych włosów, przygryzając mocno dolną wargę, nie wytrzymał. Nie zdawał sobie sprawy z własnych pragnień, dopóki nie znalazł się kilka centymetrów od jej skóry. Zrobił z nią, co chciał, a trwało to znacznie dłużej, niż przypuszczali. Przez prawie pół godziny nie wypowiedzieli ani słowa, przeżywając te chwile w całkowitym milczeniu... Nie uśmiechali się, nie zachęcali. Po prostu pozwolili, by emocje całkowicie nimi zawładnęły.



– Słyszałeś historię o dwóch Gryfonach?

– Nie, a jest taka? – wymamlał, nie otwierając oczu.

– Było sobie dwóch Gryfonów. Razem mieli wykonać wyjątkowo nudną pracę. Jeden zasnął, więc drugi postanowił go zabić, żeby nie zajmował mu stołu.

– James, grozisz mi śmiercią już trzeci raz w tym tygodniu. Opanuj się.

– Rusz dupę.

Podniósł się i ponowił próbę przeglądania książek leżących na stoliku. Zbliżała się pora obiadu, a oni wciąż nic nie znaleźli. Żadnych informacji na temat Surgów, amuletów, sztyletów. Znużony przerzucał kartki w Wielkiej Księdze Hutu, ale oprócz makabrycznych zdjęć powykręcanych trupów, nic nie zwróciło jego uwagi.

– Nie nadaję się do tego – wyrzucił w końcu James i zaczął skrobać coś szybko na pergaminie. Syriusz spojrzał na niego pytająco, ale przyjaciel nie raczył odpowiedzieć.

Wpatrywał się w zdjęcie jakiejś azjatyckiej czarownicy kołyszącej biodrami w rytm dzikiej muzyki. Jej twarz nie była zbyt piękna, ale ciało bardzo przypominało Aileen.

– Wychodzimy – powiedział twardo James i zaczął zbierać rzeczy do skórzanej torby. Wyrwany z półsnu Syriusz spojrzał na niego z zaskoczeniem wymalowanym na twarzy. – Niech Lily poszuka czegoś w Hogwarcie, ja nie mam do tego cierpliwości.

Syriusz nie był zdziwiony. Jeszcze w czasach szkoły James starał radzić sobie z robakami w tyłku, co najczęściej kończyło się prowokowanymi pojedynkami na korytarzach Hogwartu. Później jego przyjaciel zaczął coraz więcej czasu spędzać z Lily, a to jakimś cudem go wyciszyło... przynajmniej do pewnego stopnia. Syriusz do tej pory nie mógł zrozumieć, jak to się stało, że ten wariat związał się z najbardziej poukładaną osobą w szkole. James potrafił przez cały dzień nie robić z Lily nic wartego uwagi, a przy tym uznawać to za ciekawe. Z czasem przyjaciel zaczął go drażnić swoim spokojem i opanowaniem. "Starość nie radość" powtarzał w kółko James, kiedy zamiast zaplanować cokolwiek interesującego wolał drzemać na fotelu przed kominkiem. Mógł to nazywać jak chciał, ale dla Syriusza były to symptomy wypranego mózgu i wcale mu się to nie podobało. Wiele czasu poświęcił na przywrócenie przyjaciela do stanu poprzedniego, ale ostatecznie skapitulował. "Minie mu" powiedział pewnego dnia Remus. Miał rację, jak z resztą często bywało. James wyleczył się z lenistwa, chociaż nie był osobą, którą prezentował wszystkim kilka lat wcześniej. Nikt z resztą tego od niego nie wymagał, bo cała banda huncwotów wydoroślała i zmieniła trochę priorytety. Skończyła się zabawa. Poza Hogwartem czekało na nich prawdziwe, niezbyt radosne życie.

Jednak jedno, pomimo tego przygnębiającego i duszącego syfu który ich obecnie otaczał, nie zmieniło się ani trochę, a był to stosunek do biblioteki. Przyjaciele unikali książek, chociaż często musieli po nie sięgać. Zmuszała ich do tego nie tylko konieczność, ale również własna ambicja. Wciąż jednak zabierali się za to z niechęcią, a schemat był niemalże za każdym razem identyczny. James za poszukiwania zabierał się pierwszy, ale niewiele potrzebował, żeby mieć dość. Syriusz potrafił spędzić w bibliotece o wiele więcej czasu, jednak początki należały dla niego do najtrudniejszych. Musiał najpierw pogodzić się z myślą, że czytania nie uniknie, a potem powoli nabierał tempa. Problemem było to, że kiedy on zdążył w ogóle wypracować myśl o sięgnięciu po książkę, James już chciał wychodzić.

Tak też było i tym razem. Widząc zmęczonego przyjaciela Syriusz postanowił nie polemizować i szybko zabrać się z biblioteki. Wybrał tylko kilka tomów, które miał zamiar w wolnej chwili przejrzeć już w zaciszu własnego domu i podał je skrzatowi, aby ten oznaczył je jako "wypożyczone". Pozostałe księgi magiczny sługa odłożył na wysokie półki, nie zwracając na siebie większej uwagi.

Postanowili udać się do Dziurawego Kotła na ognistą whisky. Żaden z nich nie był bezwzględnym zwolennikiem picia, z zasady robili to bardzo rzadko. Jednak niezbyt często bywali na ulicy Pokątnej, a pobliski pub kojarzył im się z niesamowitą atmosferą i wspomnieniami wakacji przed siódmą klasą w Hogwarcie. Nie zdążyli jednak nawet zbliżyć się do magicznego wejścia, ponieważ ich uwagę przykuła zbieranina ludzi tuż przy jednym z mniejszych sklepików. Mieli poważny problem z przepchnięciem się przez tłum, bowiem każdy chciał zobaczyć, cóż też się wydarzyło. Z samego środka wydobywały się krzyki i trzaski, jakby ktoś się pojedynkował i miał zdecydowaną przewagę.

– Boże, ona jest straszna – powiedziała ze strachem jedna z kobiet, która najwyraźniej postanowiła opuścić centrum zamieszania. Na jej twarzy pojawiła się odraza i wtedy Syriusz zrozumiał, któż też mógł się znajdować pośrodku tłumu.

Mildred O'Harrow stała naprzeciw dwóch leżących na ziemi mężczyzn. Obydwoje byli zabrudzeni własną krwią, jeden z nich ledwie oddychał. Z powykręcanymi rękoma wyglądali bardziej jak karykatura człowieka, ale auror najwyraźniej w ogóle się tym nie przejmowała. Usiadła sobie na jednej z ławeczek, uśmiechając się do zszokowanego tłumu i zapaliła papierosa. Jej jasne loki powiewały na wietrze, przez co wyglądała jak prawdziwa wiedźma.

– Co się stało? – zapytał Syriusz jednego ze stojących obok niego czarodziejów.

– Nie wiem – wysapał wciąż pogrążony w szoku mężczyzna. Przetarł pot z twarzy i spojrzał na zamyślonego Jamesa. – Nagle wyskoczyła w ogóle nie wiadomo skąd i zaatakowała dwóch panów w sklepie. Kazała im wyłazić, powaliła ich na ziemie, oni krzyczeli coś "o co chodzi, o co chodzi", ale ona nic. Co to jest za potwór?

– Auror – wyjaśnił Syriusz, przypatrując się zadowolonej z siebie Mildred. Najwyraźniej tłum gapiów w ogóle jej nie przeszkadzał.

– Zaraz pojawią się goście z ministerstwa – zauważył James. – Lepiej stąd spływać, zanim nas zauważą. Ty i tak za często spotykasz Doriana Rogersa.